Wehikuł czasu

     Było piękne, słoneczne lato. Szedłem ulicą Kondratowicza (w Warszawie) pogwizdując cicho. Mama poprosiła mnie, żebym kupił dla niej cukier i wodę. Nagle zaczepił mnie jakiś pan w czarnym kapeluszu,   kamizelce skórzanej i swetrze (dziwny ubiór, prawda?) i zapytał mnie, czy chciałbym przyczynić się dla dobra ludzkości. Zapytałem „Ale w jaki sposób?”, na co on odpowiedział „Zaraz o wszystkim się dowiesz”, a jako że należę do osób „ciekawskich”, poszedłem za tajemniczym „ktosiem”.

     Szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy… Zaciąłem się. Ale doszliśmy do urzędu dzielnicy. „Ktoś” powiedział, żebym został przed wejściem, bo on musi coś załatwić. Zostałem, tak jak mi polecił mój „ktoś”, ale jako że stałem w cieniu i trochę wiało usiadłem na ławeczce obok i włączyłem radio w empetrójce. Akurat leciał mój ulubiony utwór zespołu Guns ‚n roses „November Rain”, więc zacząłem sobie nucić. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo „ktoś” wyszedł z budynku i powiedział, że teraz moja kolej. Nie zrozumiałem jednak, o co mu chodzi więc popatrzyłem na niego pytająco, a on, jakby czytał mi w myślach powiedział „Wejdź do środka „, a spojrzał przy tym na mnie takim wzrokiem, że aż nie mogłem nic powiedzieć.

     Gdy wszedłem do budynku stało się coś niesamowitego. W jednej chwili wszystkie ściany pokryły się elektronicznymi urządzeniami i diodami, okienka, przy których stali petenci zmieniły się w ogromne superkomputery, a sami petenci stali się naukowcami i programistami. Byłem oszołomiony, a jednocześnie ogarnęła mnie euforia, gdyż moje marzenie (a było nim zobaczenie superkomputera) właśnie się spełniło. „Podobno lubisz komputery? ” spytał Ktoś. Kiwnąłem głową, bo nic więcej nie byłem w stanie zrobić. „To jeszcze nic. Chodź za mną” poprosił mnie.

    Weszliśmy do następnej sali, znajdującej się po lewej stronie od wejścia. I teraz, to nawet nie mogłem się ruszyć. Przede mną stał… nie uwierzycie. Przede mną stał WEHIKUŁ CZASU. Rozpoznałem go, gdyż obok „ogromnej, metalowej kuli z mnóstwem diod i światełek” stała tabliczka „WEHIKUŁ CZASU – PROTOTYP NR 33643×5”. Widziałem go tylko na filmach, w których tajni agenci mieli do wykonania tajną misję, podczas której mieli bardzo tajnie przenieść sie w czasie do roku 1410 i również bardzo tajnie dowiedzieć się, kto tak naprawdę zabił Ulricha von Jungingena. „Podejdź bliżej, dotknij go” kusiła mnie moja podświadomość, która, musicie wiedzieć, czasem bywa bardzo złośliwa. Oparłem się pokusie i podszedłem, chciałem jak najprędzej dotknąć tej cudownej maszyny. Nagle ogarnęła mnie nieodparta chęć… przeniesienia się w czasie. Nie interesowało mnie jak działa ta maszyna, ani nawet gdzie chciałbym się przenieść. Po prostu musiałem się przenieść w czasie. Kierowało mną coś nadzwyczajnego, coś nie z tej ziemi, coś, czego nie można było precyzyjnie określić.

     Wsiadłem do wehikułu. O dziwo, nikt mnie nie ostrzegał, że jest to „niebezpieczne i że na pewno sobie coś zrobię”, więc szok był jeszcze większy. Ale OK. Nic się nie dzieje, więc mogę… lecieć!

C.D.N.!

Reklamy

Zaczynam!

Dobra. Już mówię o co chodzi. Przez ostatnie kilka dni śnią mi się bardzo dziwne rzeczy (nie, nie powiem teraz jakie 🙂 ), więc postanowiłem je tutaj skrupulatnie spisywać. Moje senne przygody (bo tak je będę nazywał) będą pojawiać się (przynajmniej tak myślę 😉 ) tu codziennie. Miłego czytania!